Polski Express
Reklama /advertisingKontakt / ContactHOMEForumWołanie na pustyni
2009-07-20
Dobra. Nie chcę narzekać. Naprawdę nie chcę i robię, co w mojej mocy, żeby uniknąć niepotrzebnego polakowatego utyskiwactwa. Czasami jednak to silniejsze ode mnie. Muszę sobie upuścić pary, bo diabli mnie biorą nie pytając o pozwolenie.Rzecz o kulturze i sztuce w sposób przyziemny reprezentowanej przez treść pisaną a zawartą pomiędzy dwoma mniej lub bardziej twardymi okładkami. Rzecz o książce oraz jej komercyjnej świątyni – księgarni. Przede wszystkim i w ramach wstępu: wiem i posiadam pełną świadomość faktu, że jako przybytki detaliczne, księgarnie nastawione są na zysk. Zdaję sobie sprawę z faktu, że jaki popyt taka podaż. Wreszcie, (choć tutaj mieszkańcy stolicy pewnie się oburzą) nigdy nie uważałam Irlandii za kraj mogący się pochwalić mianem oazy kulturalnej Zjednoczonej Europy, więcej, sądzę, że określenie ‘pustynia’ jest o tyle uzasadnione, że jej (kultury, oczywiście) nieznaczne objawy są skupione w niewielu i to dobrze ukrytych miejscach i trzeba ich szukać po nocy i z przysłowiową świecą. Ostatecznie: przyznaję się bez bicia – mieszkam na prowincji. W wygwizdowie. Barany beczą. Wrony kraczą. Wsi spokojna, wsi wesoła. Ale, do cholery, tutejsze księgarnie przechodzą przyzwoite ludzkie pojęcie.
W okolicy mamy dwie, których nazw ze zwykłej litości nie wymienię. Obie parają się głównie, wydawałoby się, sprzedażą artykułów biurowych i kolorowych czasopism. Obie jednocześnie posiadają typowo tutejszy schemat klasyfikacji oferowanych poza zwykłymi szmatławcami dzieł literatury. Książki dzielimy po pierwsze na tzw. ‘Irish interest’, czyli wszystko, co nawet w najmniej bezpośredni sposób odnosi się do tego kraju, gwarantując w ten sposób w miarę przyzwoitą sprzedawalność, oraz całą resztę. Reszta dzieli się na dno, dno, i dno, oraz dzieła klasyczne bądź uważane za literaturę wysokich lotów. Klasyka książki to - zdaniem irlandzkich księgarzy - okrojona do bólu literatura angielska na czele z Dickensem, kilka pozycji pisarzy francuskich, śladowe ilości przybłąkanych Hiszpanów oraz, diabli wiedzą czemu, każdy autor o nazwisku brzmiącym z rosyjska. Literatura wysokich lotów zaś, czyli ta, w którą pragnę się zaopatrywać, pojawia się jako osobna kategoria w zaledwie 50% naszych prowincjonalnych księgarń, czyli w jednej z obecnych dwóch.
Jadę więc do tej jednej, bo pewnie mniej się udenerwuję. Jestem, półka stoi. Nie było mnie już jakiś czas, jestem podekscytowana nowymi możliwościami. Na półce stoi nie więcej niż 15 pozycji. Patrzę i odliczam: mam, mam, mam, mam, co to do cholery jest – chyba ktoś się pomylił, mam… koniec. Ok, myślę, może znajdę coś na półce pt. literary fiction. Dramacik się powtarza. Biorę jedną książkę, zakup której pozostawiłam sobie na najczarniejszą godzinę kryzysu zaopatrzeniowego. Przy kasie zapytuję, czy aby dwie (hehe) pozycje Gabriela Garcia Marquez’a samotnie zbierające kurz na szumnie nazwanej półce to wszystko, co pod tym słynnym nazwiskiem ma mi do zaoferowania państwa punkt detaliczny. Wyraz oczu sprzedawczyni świadczy o bliskim skoligaceniu ze wspomnianymi wyżej baranami. Nie wie, powiada, ale jeśli podam tytuł, o który mi chodzi, być może będzie w stanie stwierdzić. Po kilku nieudanych próbach i mimo wszelkich wysiłków z mojej strony, pani nie jest w stanie poprawnie wklepać w komputer słowa ‘melancholy’. Już z nerwem udaję się do biura obsługi klienta. Na widok pryszczatego młodzieńca z długimi włosami prawie zaczynam pałać nadzieją – a nuż czytelnik jakowyś, może sam będzie coś wiedział… Niestety, pomimo bardzo miłej osobowości młodzieniec, śmiejąc się serdecznie, acz nerwowo, z moich humorystycznych komentarzy, nie potrafi obsłużyć aż dwóch bezpośrednio mu podległych komputerów i udaje się na poszukiwanie straconego czasu przy półkach, od których przed chwilą odeszłam. Nie ma pojęcia, kto zacz ów Marquez, ale system podpowiedział mu, że Gabriel i Garcia, wiec szuka pod literą G. Z grzeczności czekam na rezultat. Nic, prosi o wybaczenie. Może mi sprowadzić na zamówienie. Zgrzytam zębami – zamówić to sobie sama mogę. Rzecz w tym, że nim kupię książkę, lubię się z nią przywitać w księgarni. Lubię zobaczyć, w jakim stoi towarzystwie. Lubię zapytać, czy chce ze mną iść do domu. To taka namiastka kultury na tym odludziu. Ale cóż. Witaj amazon, żegnaj kulturo na pustyni.
Urszula Ui Suireann
| Aby w pełni korzystać z serwisu musić się zalogować ! |